Pierwszy wpis

napisane przez Natalia Kaliska

Czwartek. Godzina 19:00. Warszawa. Lord Huron, „The Night We Met” na słuchawkach.
Otworzyłam właśnie mój piękny pamiętnik w kolorze pastelowego fioletu i zaczęłam w nim pisać. Tak, dalej prowadzę pamiętnik. Nie, o dziwo nie mam 15 lat, lecz już całe 25. Naprawdę trudno uwierzyć jak ten czas szybko leci. Jeszcze przed chwilą byłam w gimnazjum. Przeżywałam pierwsze zauroczenie, burzyłam się na widok koleżanek pijących alkohol, zamartwiałam się tym, że na WF’ie znów dobrano mnie do drużyny jako ostatnią, no i… STOP – a gdyby tak przelać te wszystkie myśli tu na komputer? Tu na tego bloga, który czeka gotowy już od miesiąca a ja dalej prokrastynuję zamiast wziąć się za pisanie… Czy to już czas zacząć się dzielić przemyśleniami z kimś więcej? Jestem w tym nowa, nie mam nawet pojęcia jak powinien wyglądać pierwszy wpis, ale zakładam, że na początek wypadałoby się przedstawić:

Cześć! Nazywam się Natalia i witam Cię serdecznie na moim blogu.

Jestem studentką psychologii klinicznej i absolwentką amerykanistyki. Zawodowo aktualnie odnajduję się jako specjalistka ds. marketingu, ale docelowo bardzo chciałabym pracować jako psychoterapeuta lub redaktor magazynu o tematyce psychologicznej/lifestyle’owej. Największą radość sprawia mi dobre jedzenie a najsilniejsze ukojenie przynosi słuchanie ukochanych utworów. Moje najgłębsze marzenia to zamieszkać w Stanach Zjednoczonych (myślę, że kalifornijska villa na plaży, z wielkim basenem to coś w czym odnalazłabym się z łatwością), zwiedzać cały świat, spełniać się zawodowo, założyć piękną rodzinę i nigdy nie stracić kontaktu z najbliższymi przyjaciółmi. Mam nadzieję, że bliżej mnie poznacie czytając pomiędzy wierszami moich wpisów. Zaczynajmy!

Na czym stanęliśmy? A tak, gimnazjum i problemy pierwszego świata. Ile byśmy dali teraz za takie rozterki, nie? Potem przyszedł czas liceum. Zmiana szkoły, nowi przyjaciele. Przyjaciele, którzy do dziś są dla mnie największymi skarbami i którzy, mam nadzieję, pozostaną w moim życiu na zawsze. Liceum to był piękny okres. Wiadomo, były zarówno wzloty, jak i upadki, ale pieniądze jeszcze rosły na drzewach, obiad zawsze czekał na stole, a każdy weekend przynosił ze sobą kolejną domówkę. Za pewne nie tylko ja czasem siadam przed komputerem i przeglądam szalone nagrania z imprez o 4 nad ranem, na których oczywiście mało co widać i słychać, ale wywołują u mnie za każdym razem szczery i szeroki uśmiech. A to dlatego że nasze twarze były na nich autentycznie szczęśliwe. Wtedy nie było jeszcze nawet Snapchat’a. Nie było mody wstawiania rzeczy na my story, insta story, facebook story, pierdostory. Zdjęcia i filmy robiliśmy sobie tylko i wyłącznie po to, żeby kolekcjonować piękne, beztroskie wspomnienia. I nie trzeba było się tym chwalić ani nikomu pokazywać. To było tylko dla nas. I pomimo, że sama dziś należę do osób, których instastory zdarza się być zapełnione, to świadomość, że jestem częścią pokolenia social media czasami mnie niepokoi. Wy też tak pewnie uważacie. Prawie wszyscy tak uważamy, a jednak dalej w to brniemy. Po co? Dlaczego mamy taką potrzebę chwalić się publicznie osiągnięciami, podróżami i prywatnymi chwilami? Nie mam pojęcia. Naprawdę sama nie mam pojęcia po co to robię. Czasami mówię, że instagram to mój wizualny pamiętnik. Że to ze względów czysto artystycznych i zamiłowania do estetyki. No przecież to miejsce jest magiczne i MUSZĘ podzielić się tym widokiem z innymi! A selfie z przyjaciółką, chłopakiem? Przecież to wyraz mojej lojalności, miłości, wdzięczności za tę osobę w moim życiu. A może nie powinnam się tego wstydzić? Może niczym się to nie różni od blogowania? Może nie zawsze jesteśmy w stanie wyrazić emocje słowami i chcemy zrobić to poprzez wstawienie zdjęcia? Chętnie poczytam co Wy o tym myślicie i to będzie prawdodpobnie największa zaleta mojego blogowania. Moje przemyślenie nie będzie już jedynie monologiem, ale być może również punktem wyjścia do rozmowy.
Ale lecimy dalej. Po liceum przyszedł czas na wybór studiów. Od początku wahałam się pomiędzy kulturoznawstwem Stanów Zjednoczonych a psychologią. W końcu wybrałam to pierwsze – z czystej pasji. Odkąd pamiętam moim marzeniem było mieszkać w Stanach i całym sercem jestem zakochana w amerykańskiej kulturze. Studia były niesamowicie ciekawe i sprawiły, że zapragnęłam dążyć do mojego American Dream jeszcze mocniej i szybciej, ale niestety okazały się być również mało przydatne pod względem zawodowym. Z tego powodu postanowiłam porzucić kontynuację edukacji na tym kierunku i po obronie licencjatu podjęłam się 5-letnich studiów z psychologii klinicznej. Na szczęście nie był to wybór związany jedynie z rozumem, ale również z sercem. Zaczynam właśnie 5 rok studiów i mogę z pewnością stwierdzić, że każde zajęcia są w jakiś sposób dla mnie interesujące, a zawód psychoterapeuty to na pewno coś co przynosiłoby mi w życiu mnóstwo satysfakcji. Być może hasło „lubię pomagać” wydaje się być oklepane, ale z ręką na sercu to jest coś z czym mocno się utożsamiam. To nie byłoby dla mnie tylko źródło zarobku – to byłaby możliwość zmiany życia innej, potrzebującej osoby na lepsze.

I tak to wszystko zleciało… przedszkole, podstawówka, gimnazjum, liceum, pierwsze studia, pierwsza praca, drugie studia, druga praca. Niesamowite jak szybko czas płynie i jak bardzo wszystko potrafi się zmienić. Dobrze, że niektóre rzeczy z nami zostają. Rodzina zostaje, najbliżsi, najprawdziwsi przyjaciele zostają. I zostają też pamiętniki. Z roku na rok kupujemy kolejne, ale to co zapisane w poprzednich to nasze. Wspomnień nikt nam nie odbierze. Zdjęć z domówek i niewyraźnych filmów z klubów nikt nam nie odbierze. Dlatego tak bardzo pielęgnuję wspomnienia. Dlatego nagrywam moją małą kamerą wszystko dookoła podczas każdej podróży, a po powrocie do domu sklejam z tych ujęć piękną pamiątkę w postaci filmu. Tak bardzo nie mogę się doczekać dnia kiedy na starość siądę z wnukami w tym wymarzonym kalifornijskim domu nad basenem i pokażę im jak piękne i kolorowe chwile udało mi się przeżyć. I Wam polecam to samo – kolekcjonujmy wspomnienia póki możemy, bo kiedyś zrozumiemy, że był to najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek mogliśmy sprawić sobie i naszym bliskim.

PRZECZYTAJ TAKŻE

4 komentarze

Weronika 15 września 2020 - 19:23

Piękny pierwszy wpis. Uwielbiam Twoje poczucie humoru 😀 Myślę, że chęć wstawiania zdjęć na social media to chęć dzielenia się doświadczeniami i swoim szczęściem – taka „natura człowieka-dzielenie się”’. I nie jesteś sama w robieniu miliona zdjęć. Osobiście robię tysiące, bo wiem, że większość tych mniejszych szczęśliwych momentów poszłaby w zapomnienie, gdyby nie one. (nie rozumiem ludzi, którzy nie robią lub nie lubią zdjęć :D)

Natalia Kaliska 23 września 2020 - 19:12

Weronika, bardzo dziękuje i całkowicie się zgadzam! 🙂

Patrycja 15 listopada 2020 - 21:52

Bardzo ciekawy wpis! Zdjęcia są świetne, pozwalają nam wrócić do pięknych chwil. Osobiście nie robię ich dużo, ale mój chłopak potrafi zrobić zdjęcie każdemu eksponatowi w muzeum, więc mamy sporą kolekcje 🙂

Natalia Kaliska 16 listopada 2020 - 09:29

Patrycja, super! I tak trzymać!

Zostaw komentarz